niedziela, 24 lutego 2008
Wojciech Przybylski.

Napisałem na bloga polskawybiera2007.blox.pl ponieważ chętnie zabieram głos tam, gdzie zabierają głos inteligentni ludzie o zróżnicowanych poglądach. Nie mam iluzji, że moja albo czyjakolwiek wypowiedź na blogu miała jakikolwiek wpływ na wynik wyborów, decyzję polityków, ani nawet że była szerzej odnotowana w mediach.  

Cenię sobie jednak możliwość spotkania opinii na forum, które czytają oprócz przeciętnego internauty autorzy pozostałych tekstów. Jest to wartość, ponieważ Ci ludzie, jak nikt inny wpływają na jakość kultury politycznej w Polsce. Wartość o tyle ważna, że na bloga napisali nie dla chwały, nie dla punktów i tym bardziej nie dla pieniędzy. Blog nie jest jeszcze sławny, nie ma i nie będzie miał długo wersji papierowej, a pieniądze z reklam są póki co śmiesznie niskie. Napisali więc z innego powodu. Po to, by zająć głos w dyskusji o wyborach w miejscu do tego najlpiej przystosowanym. Miejscu dla nie szukających doraźnego kompromisu intelektualnego miłośników refleksji. Niektórzy bardziej profesjonalnie, inni nieco bardziej poetycko.  

Teksty o wyborach 2007 w Polsce publikowane w gazetach i tygodnikach stanowiły fragment walki o władzę. Gazety wpisywały się w grę wyborczą nawet nie stając po którejś ze stron. To naturalna i od dawna oczekiwana konsekwencja wprowadzenia pluralizmu podmiotów prasowych. Projekt polskawybiera2007 stanął poza tym zaangażowaniem. W momencie decydującym dla całej wspólnoty obywateli, gdzie myślenie zaczęło oznaczać działanie i wybór albo-albo zaoferował grupie intelektualistów azyl dla myśli i dyskusji bez konsekwencji. To niezwykle cenne doświadczenie i oby to stanowiło o sile przyszłej kultury politycznej nieuchronnie nadchodzącej z nowymi pokoleniami.

Wojciech Przybylski 

wtorek, 19 lutego 2008
Maciej Gdula: Kto jeszcze nie rządził?.

 Rzadko zwraca się uwagę, że wybory 2007 roku wygrała partia, która jeszcze nie rządziła. Nietrudno to przegapić, ponieważ w kampanii Platformy Obywatelskiej to, że jeszcze nie miała okazji wziąć odpowiedzialności za kierowanie państwem nie było szczególnie podkreślane. Nie chodzi mi w tym miejscu o proste wytykanie Platformie braku doświadczenia. Ważne jest to, że w zamykającym się polskim systemie politycznym wygrała ostatnia partia, która wcześniej nie zużyła się przy sprawowaniu władzy.

 Z pewnością w wyborach 2007 wyborcy dali do zrozumienia, że zużył się projekt IV RP. PiS nie był w stanie zorganizować wystarczająco dużo entuzjazmu, aby przekonać ludzi, że projekt ten wart jest kontynuacji. Polityka uprawiana przez wskazywanie wewnętrznych wrogów państwa i budowanie poczucia strachu przed sąsiadami przegrała ze złożoną przez PO obietnicą powszechnej zgody i powrotu do normalności.

 Na razie widać, że wyobrażenia PO co do powrotu do normalności po rządach PiS różnią się od nadziei na normalność, jakie miały różne grupy zawodowe. Dla PO normalność to marketing polityczny i kontrola wydatków budżetowych. Ludzie oglądający normalność w spotach PO widzieli raczej obietnice wzrostu płac i usługi publiczne dobrej jakości. Choć sytuacja ta przypomina lata 90. to jednak osadzona jest w zupełnie innym kontekście. Dziś nie będzie już można protestujących grup społecznych delegitymizować przez przyklejanie im etykiety roszczeniowców i nazywanie ich homo sovieticusami tak jak robiono to w czasach transformacji. Nie ma też już na co czekać wszak jesteśmy w NATO i Unii Europejskiej.

 Dziś dostępna oferta polityczna składa się zatem z przetrąconego projektu IV RP i skazanej na porażkę próby uprawiania polityki w duchu III RP. Brak wyrazistego sporu odbija się na bieżącej polityce wypełnianej kłótniami o to, że ktoś spóźnił się z telefonem, albo zniszczył laptop. Stare elity nie wydają się dziś zdolne do wykreowania nowych podziałów i nowych wizji. W tej sytuacji ktoś zdolny do wymyślenia na nowo celu do jakiego mogłaby prowadzić polska polityka będzie rozdającym karty. Kto wie może właśnie ze względu na coraz większą wsobność świata politycznego i przyszłe wybory wygra partia, która jeszcze nie rządziła?

dr Maciej Gdula

10:25, warsztatyanaliz , dr Maciej Gdula
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 lutego 2008
Tomasz Żuradzki: Po wyborach bez zmian.
Wbrew powszechnemu mniemaniu wybory z października 2007 roku niewiele zmieniły w polskiej polityce. Różnica pomiędzy dominującymi dziś na scenie politycznej PO i PiS jest niewielka - polega głównie ambicjonalnych sporach liderów i sprawach symbolicznych. Choć premier Donald Tusk jest powszechnie uważny za sympatyczniejszego od prezesa Jarosława Kaczyńskiego i nie wymachuje nikomu przed nosem „małym pistolecikiem", to wizja Polski i diagnoza kluczowych problemów politycznych są wspólne dla obu polityków.

Program PO to dość archaiczna wersja liberalizmu gospodarczego, który na zachodzie był modny na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku rozmiękczona licznymi obietnicami, jakie premier Tusk złożył podczas kampanii wyborczej różnym grupom interesów. Mało kto z polskich komentatorów zwraca uwagę, że - wedle kryteriów obowiązujących w Zachodniej Europie - wciąż rządzi nami skrajna prawica, a realne różnice pomiędzy dwoma dominującymi w Polsce partiami są znikome.

Podatki w Polsce należą do jednych z najniższych w Europie (niższy od nas całkowity poziom fiskalizacji mają tylko Słowacja, Rumunia, państwa bałtyckie i Irlandia - patrz dane Eurostatu), a rządząca koalicja zamierza je jeszcze obniżyć (podobnie zresztą jak PiS). Mamy najostrzejszą w Europie ustawę aborcyjną, którą zarówno koalicja rządząca, jak i PiS nazywają z niezrozumiałych powodów „kompromisem". Osoby o innej orientacji seksualnej nie mają zagwarantowanych podstawowych praw, w tym prawa do legalizowania swoich związków, a politycy wszystkich partii (w tym lewicy) boją się tego tematu jak diabeł święconej wody. Uprzywilejowanie prawne i finansowe kościoła jest niespotykane na skalę światową i aktywnie popierane przez wszystkich graczy sceny politycznej. To co od kilku lat jest jednym z najważniejszych tematów w kampaniach wyborczych wszystkich partii na Zachodzie Europy, czyli ekologia i problem globalnego ocieplenia - u nas praktycznie nie istnieje jako problem polityczny.

Wybory z października 2007 roku nie były więc żadnym „krokiem naprzód", nie przesunęły Polski znacząco bliżej zachodniej cywilizacji. Niech nie zwiodą nas gorące spory i deklarowana nienawiść między politykami PiS i PO. W rzeczywistości obie partie grają w tej samej drużynie. W kategoriach europejskich nie tylko PiS, ale i PO jest radykalną prawicą, która na Zachodzie Europy występuje jedynie na marginesie życia politycznego. Kto nie wierzy, niech porówna hasła PO np. z programem brytyjskich konserwatystów pod kierunkiem Davida Camerona.

Na dłuższą metę trudno będzie utrzymać taką przepaść pomiędzy Polską, a resztą cywilizowanego świata. Dlatego nie wierzę, by podział polskiej sceny politycznej na dwie duże formacje prawicowe mógł utrzymywać się przez najbliższych kilka lat. Wcześniej czy później i do Polski muszą przeniknąć problemy, którymi dziś żyją zachodnioeuropejscy wyborcy.

Kiedy po wieloletniej drzemce ocknie się wreszcie polska lewica (albo pojawi się jakaś nowa cywilizowana lewicowa formacja) to ona stanie się przeciwwagą dla mocno prawicowego PO. A PiS przez dwa lata swoich rządów skutecznie ośmieszając idee, które doprowadziły go w 2005 roku władzy, będzie coraz bardziej spychany na margines prawej strony sceny politycznej, zajmując miejsce - a w dłuższej perspektywie zapewne i los - zapomnianej już LPR.

Tomasz Żuradzki - filozof i politolog, absolwent UJ i London School of Economics, doktorant w Instytucie Filozofii UJ, redaktor „Gazety Wyborczej"

 

12:22, warsztatyanaliz , Tomasz Żuradzki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 lutego 2008
Paweł Marczewski: 2007 - hegemonia po polsku.

Przedterminowe wybory w październiku 2007 roku potwierdziły dominację PO i PiS na polskiej scenie politycznej. Dla niektórych jest to dowód, że rodzime życie publiczne udało się radykalnie zmodernizować. Czyż w USA i Wielkiej Brytanii wyborcza gra nie toczy się między dwoma partiami?  Wprawdzie w Polsce podział między zwolennikami obu opcji jest zapewne dużo głębszy niż na Wyspach i za Oceanem, gdzie różnice między kandydatami z odmiennych obozów w coraz większym stopniu dotyczą stylu uprawnia polityki, a nie jej treści, ale może przyniesie nam stabilność życia publicznego podobną do anglosaskiej? Może i my doczekamy się  rytualistycznych wyborców, wiernych swoim partiom i głuchych na syreni śpiew populistów?

Wydaje się, że populizm rzeczywiście jest w polskiej polityce w odwrocie. Nie tylko ze względu na niemal całkowitą marginalizację LPR i Samoobrony, ale i odchodzenie przez PiS od retoryki obrony tych, którzy okazali się być przegranymi polskiej transformacji. David Ost pisał w "Klęsce Solidarności", iż prawicowi populiści skutecznie zagospodarowali gniew wykluczonych. Jako jedyni chcieli słuchać skarg ludzi pozostawionych po 1989 roku na marginesie życia społeczno-politycznego. Wprawdzie nie oferowali im skutecznych sposobów uporania się z problemami, ale umieli doskonale skanalizować ich negatywne emocje. W wyborach 2005 PiS było mistrzem tej retoryki, czego dowodem pamiętne rozróżnienie na Polskę "liberalną i solidarną". Posługiwał się nią wyjątkowo sprawnie przez dwa lata, skutecznie odbierając poparcie dotychczasowym mistrzom "gospodarowania gniewem"  i od pewnego momentu koalicjantom - LPR i Samoobronie.  Kiedy manewr okrążający został już wykonany, a partie Giertycha i Leppera z liczących się graczy stały się ugrupowaniami walczącymi o przetrwanie, można było z tego języka zrezygnować. Należało to uczynić tym pilniej, że w wyborach 2007 pod hasłami "gospodarczego cudu" zatryumfowała mieszanka bezkrytycznego optymizmu oraz lęku przed ślepym resentymentem.

Zniknięcie populistów z polskiej polityki witam jednak z mieszaniną ulgi i obaw. Populizm był do niedawna jedyną strategią pozwalającą zbudować jakąkolwiek propozycję polityczną bez dostępu do dotacji. O tym, że była to strategia krótkoterminowa, zaś partie populistyczne na państwowym garnuszku nieuchronnie się oligarchizowały, przekonuje pójście w rozsypkę LPR i Samoobrony w momencie, gdy zostały pozbawione dostępu do tego garnuszka. Tym niemniej populizm był drogą pozwalającą ominąć systemowe bariery dla zaistnienia na scenie politycznej. Niestety drogą jedyną.

Moja zasadnicza wątpliwość dotycząca tezy głoszącej, iż Polska polityka ma szansę zmodernizować się dzięki dwubiegunowości, nie wynika jednak z nostalgii za populizmem, lecz z zaniepokojenia praktykami politycznymi, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat zyskały instytucjonalne umocowanie i stały się obowiązującą normą. Czy można sobie wyobrazić, że zarówno w PO, jak i PiS pojawia się więcej niż jeden poważny kandydat do wyścigu o fotel prezydencki? Że listy kandydatów w wyborach parlamentarnych nie są ustalane arbitralnie przez partyjne władze, tylko wyłaniane na drodze rygorystycznych procedur mających sprawdzić merytoryczne przygotowanie potencjalnych kandydatów?

Niestety, zamiast anglosaskiej stabilności czeka nas raczej dominacja dwóch skłóconych ze sobą hegemonów.

 

Paweł Marczewski - członek redakcji "Przeglądu Politycznego", współpracownik "Europy - Tygodnika Idei".

piątek, 01 lutego 2008
Krzysztof Sanetra: Po kampanii - nowy rząd.

 

Dwukrotnie zabrałem głos podczas debaty toczącej się na „polska wybiera 2007", głosowałem też w Londynie, stojąc ponad godzinę w długiej, ale sympatycznej kolejce do ambasady. Dzięki internetowi mogłem śledzić kampanię wyborczą właściwie tak samo jak bym był w Polsce, lecz z większym dystansem. Mieszkam w Anglii pół roku i kłótnie polskich polityków nie robią już na mnie żadnego wrażenia. Zwłaszcza, iż narasta we mnie przekonanie o intelektualnej pustce naszej klasy politycznej, a określenie „imposybilizm" zaczyna wydawać mi się najlepszym do opisania stanu polskiej sceny politycznej po wyborach. Ponieważ mamy w Polsce mnóstwo politycznych komentatorów i blogerów (czy jak ich tam nazwać), nie sądzę, aby udało mi się napisać cokolwiek oryginalnego.

W moim odczuciu rząd Donalda Tuska okazał się znowu taki sam, jak poprzednie. Brak samodzielnych polityków, premier otoczony dworem, ministrowie nieprzygotowani do sprawowania swoich funkcji, rząd bez planu działań strategicznych.

Przyznam, iż głosowałem na Platformę Obywatelską, ponieważ Jarosław Kaczyński wydawał mi się niezdolnym do sprawowania funkcji premiera. Uważam, że się nie pomyliłem, z partii pozbyto się najbardziej wartościowych polityków, min. Marka Jurka (co prawda, w dużej mierze na jego własne życzenie), Radosława Sikorskiego, Bogdana Borusewicza (którzy nie byli chyba członkami PiSu, ale go wzmacniali), po wyborach Kazimierza M. Ujazdowskiego i Pawła Zalewskiego, a Ludwika Dorna upokorzono i zmarginalizowano. Gwiazdami partii mają być ludzie tak nieprzyjemni jak Nelli Rokita (nie chodzi o to, że nie umie mówić po polsku i, że odeszła z PO, ale dlatego, że nie ma nic do powiedzenia i nieustannie się ośmiesza), Przemysław Gosiewski, czy Marek Kuchciński. Tak więc PiS jest mało pociągającą alternatywą dla PO.

A PO? Partia z ludźmi o dużym potencjale, ale którzy albo nie są wykorzystywani, albo są blokowani. Premier, nie mogąc się zdecydować co robić, unika trudnych decyzji, nie wspomina o żadnych reformach, nie chce też kontynuować wielu zmian zapoczątkowanych przez poprzedników (np. w polityce karnej mamy powrót do nieskutecznego liberalizmu). Skandalem jest powołanie minister Ewy Kopacz, która choć była w gabinecie cieni, nie ma gotowych projektów ustaw, a na radzie gabinetowej operuje sloganami z kampanii wyborczej.

Pozytywną stroną nowego rządu jest polityka zagraniczna, a więc twardsze negocjacje z Amerykanami i próba przełamania impasu z Rosją i Niemcami (mimo, że te kraje nie chcą z nami współpracować, tylko pragną nas zwasalizować. Przy czym polityka poprzedniego rządu, poza werbalną odmiennością, nie zapewniała większych gwarancji sukcesu, może więc rozmowy pozwolą na zmianę świadomości przynajmniej niemieckich polityków?).

            Niepokoi stosunek obu partii do nauczania Kościoła i do jego postaci widzialnej, czyli do instytucji hierarchicznej. Prawo i Sprawiedliwość postanowiło dokonać zabiegu znanego ze Stanów Zjednoczonych i, jak G. Bush, oprzeć się na radykalnych środowiskach religijnych, a więc na Radiu Maryja. Sam Jarosław Kaczyński nie wahał się wspierać ojca Rydzyka w sporze z biskupami, mimo wyraźnego stanowiska papieża, krytykującego te grupy w Kościele, które dążą do jego upolitycznienia. Z kolei Donald Tusk (który wziął ślub kościelny w środku ostatniej kampanii prezydenckiej, a wcześniej przez kilkanaście lat, jak na katolika przystało, żył w związku cywilnym) zachowuje się jak Tony Blair, niby katolik, ale taki, co się nauczaniem nie przejmuje. Tusk nawet w tak drobnych sprawach jak matura z religii prezentuje porażającą niemoc. A przed nami nie tylko invitro, ale eksperymenty na zarodkach, kobiety rodzące dla par homoseksualnych, problem sztucznej spermy (w Anglii badania są już zaawansowane i za kilka lat stosunek seksualny może w ogóle nie być potrzebny do zapłodnienia), czy dawców spermy ( w Anglii jeden mężczyzna może w ten sposób być ojcem do 10 dzieci). Mnóstwo wyzwań etycznych, nad którymi polscy politycy zapewne się nie zastanawiają, a z którymi przyjdzie im się w przyszłości zmierzyć.

Jednym zdaniem wspomnę o skandalicznym zachowaniu naszych polityków po tragedii samolotu CASA. To żenujący dowód infantylizmu i pustki nie tylko myślowej. Więcej nic nie powiem.

Warto jeszcze ogólnie wspomnieć o relacjach prezydenta z premierem, których nie zmienia nawet śmierć wybitnych lotników. W chwili gdy piszę ten komentarz odbywa się kolejna odsłona tego żenującego sporu, tym razem z udziałem ministra Sikorskiego.

Obecna rzeczywistość obnaża słabość naszych polityków, którzy trwonią zgromadzony kapitał społeczny i koncentrują się na wzajemnym obrażaniu i poniżaniu, gdy tymczasem powinni choć przez chwilę pomyśleć o tym, jak skutecznie wykonywać swój zawód.

Nasz kraj nie jest szczególnie gorszy od innych, politycy wszędzie biorą łapówki, odwlekają reformy i poświęcają czas na bezsensowne spory. Brak reform można też odczuć w Wielkiej Brytanii. Jednakże nie zmienia to mojego ogólnego wniosku wyrażonego w tym podsumowaniu. Polscy politycy marnują daną im przez naród okazję do tego, aby dwie partie o rodowodzie solidarnościowym wspólnie zmieniały kraj. Zamiast tego w poprzedniej kadencji mieliśmy koalicję z partią zb....., a teraz mamy z dawnym ZSL - em.

Dziękuję, jeszcze trochę zostanę w Anglii.

 

czwartek, 31 stycznia 2008
Michał Szułdrzyński

    Na pierwsze tygodnie rządów Platformy Obywatelskiej znacznie większy wpływ ma nie sytuacja w Polsce, w Europie czy świecie, lecz raczej wielki zwrot, jaki dokonał się kilka dni przed samymi wyborami parlamentarnymi. O wyniku wyborów nie przesądziło bowiem to, co działo się przez wcześniejsze dwa lata w Polsce. Jeszcze kilka tygodni przed planowaną elekcją Prawo i Sprawiedliwość cieszyło się większym poparciem niż konkurencyjna Platforma Obywatelska. Również sam wynik wyborczy pokazał, że PiS zwiększyło stan posiadania w porównaniu do roku 2005. Sukces partii Donalda Tuska polegał na tym, że udało mu się - w dużej mierze dzięki kampanijnym błędom pisowskich sztabowców - dokonać przewartościowania, które idealnie trafiło w zapotrzebowanie społeczne. Sukces ten stał się dziś największym zagrożeniem dla zwycięskiej Platformy.

    Przewartościowanie to dotyczyło wizerunku nie tylko własnej partii, lecz również i obrazu politycznego wroga. Składało się ono najkrócej rzecz ujmując z trzech elementów. Pierwszy z nich polegał na tym, by ośmieszyć to, co w przekazie społecznym PiSu było najsilniejsze. Skro PiS odwoływał się do prawa, porządku i walki z korupcją, trzeba było wszystkie te hasła odwrócić, pokazać, że PiS nie tylko łamie prawo, wprowadza chaos, lecz przede wszystkim instrumentalnie traktuje walkę z korupcją. Oczywiście sam pomysł nie zrodził się w głowach sztabowców PO, dostarczało go życie, lecz trzeba przyznać, że został przez nich świetnie wykorzystany. Tragiczna śmierć Barbary Blidy, afera gruntowa i wyznania Janusza Kaczmarka bardzo poważnie zachwiały wizerunkiem PiSu, lecz - jak mi się wydaje - nie były aż tak jednoznaczne (szczególnie zaś wynurzenia przyłapanego na kłamstwie byłego ministra spraw wewnętrznych), by zrazić do tej partii szerokie rzesze. Momentem przełomowym była oczywiście sprawa zatrzymania posłanki Sawickiej i brzemienna w skutkach konferencja CBA. Pies z kulawą nogą nie zastanawiał się nad awanturą, w którą wplątała się posłanka, uwaga opinii publicznej została skierowana w jednym kierunku - cała antykorupcyjna żarliwość PiS jest jednym wielkim kłamstwem, a co gorsza cyniczną walką z przeciwnikami politycznymi. PiS stał się więc ucieleśnieniem wszelkiego zła tego świata, które należało zetrzeć.

    Tak dochodzimy do drugiego elementu kampanijnego przewartościowania - roli PO. PO nagle przestało siebie przedstawiać jako centroprawicową partię o zdecydowanie liberalnych poglądach politycznych. Apel Donalda Tuska do wyborców lewicy miał na celu wywołanie wrażenia, że PO jest taranem, który zgniecie PiS. Platforma to ogólnonarodowe porozumienie ponad podziałami. Nie jest ważne czy jesteś prawicowcem, lewicowcem czy centrowcem. Nie jest ważne czy jesteś socjalistą czy liberatianinem. Trzeba odsunąć PiS od władzy.

    Do tego PO dorzuciło jeszcze trzeci element: obietnicę bogactwa, gospodarczego cudu, powszechnych podwyżek. Te trzy elementy sprawiły, że każdy, kto jeszcze się wahał - zagłosował na PO. Nie było to co prawda zwycięstwo bezwzględne - trzeba było szukać koalicjanta - lecz ten problem zniknął po kilkunastu dniach, gdy w powyborczych sondażach PO przekroczyła 50 proc. bijąc historyczne rekordy popularności.

    Kłopot polega jednak na tym, że każdy z tych elementów można odwrócić, osłabić, albo - jeszcze lepiej - można o nim zapomnieć. Nim wyjaśnię, co mam namyśli krótka uwaga.

    W naszych wydarzeniach politycznych następuje znaczne przyspieszenie, znacznie szybsze zużywanie się. Rząd Tuska osiągnął rekordowe poparcie, ale też rekordowo szybko natrafił na poważne społeczne problemy. Bardzo szybko - zaczęło się to w zeszłym tygodniu - w sondażach zaczął odnotowywać - drobne co prawda - spadki. Można odnieść wrażenie - choć nie mogę tezy tej poprzeć żadnymi naukowymi dowodami - że dzisiejsza kadencja, traktowana jest przez wiele osób, jako dogrywka do poprzedniej. Kadencja ma co prawda cztery lata, ale skoro wszystko staje się szybsze, wpadamy w cykle dwuletnie.

    Zadziwiające jest, że uważają tak sami politycy platformy, którzy wprost mówią o konieczności skrócenia kadencji. Dziś przyczyną jest to, że w 2011 będziemy przewodniczyć pracom Unii. Wkrótce okaże się, że w 2010 roku będą wybory prezydenckie, w 2009 europarlamentarne, więc może najlepiej by było przeprowadzić je jesienią tego roku. Byłoby to zresztą wskazane z tego, powodu, że w tym roku nie wypadają żadne inne wybory. Od 2005 roku mieliśmy już bowiem dwukrotne wybory parlamentarne, jedne prezydenckie i samorządowe.

    Pisząc jednak całkiem serio - swoiste przyspieszenie polityczne może mieć taki skutek, że nasza scena polityczna będzie jeszcze bardziej nieprzewidywalna. Jak pisałem wyżej - każdy z trzech elementów, dzięki którym PO wygrała, może się obrócić przeciwko niej. Polityczne przyspieszenie może te zjawiska wzmocnić.

    Po pierwsze bowiem im więcej czasu będzie mijało od końca rządów Jarosława Kaczyńskiego tym bardziej będzie bladła pamięć o zbrodniach Kaczyzmu i tym mniej prawdopodobny będzie wydawał się jego powrót. A przez to też mniej ponętna będzie wydawała się Platforma jako młot na PiS. Choć do przypominania okropieństw PiSu przydać się mogą komisje śledcze, nie jest wykluczone, że lata 2005-07 będą się kojarzyły Polakom z boomem gospodarczym, politycznymi zawirowaniami, przy dość dużej jednak stabilizacji życia tzw. zwykłych obywateli. Rządy Platformy mogą się zaś jawić jako czas, gdy nad Polską zawisło widmo kryzysu, masowych protestów wstrząsającymi fundamentami społeczeństwa (lekarze, pielęgniarki, nauczyciele, celnicy i kto jeszcze...). Tym samy coraz bledsza będzie się stawała wizja Platformy jako partii, która może stać się sprawcą polskiego cudu gospodarczego. Wtedy nasza polityka znów przyspieszy. Tyle, że nikt nie wie w jakim kierunku.

 

Michał Szułdrzyński - redaktor naczelny „Nowego Państwa". Prowadzi program „Tygodnik Polski" w TVP INFO

środa, 30 stycznia 2008
Michał Tekliński: Jaki był polityczny rok 2007 - podsumowanie.

    Jaki był polityczny rok 2007? Bez wątpienia, najważniejszym wydarzeniem były wybory i zmiana koalicji rządzącej. Myślę, że nie ma co do tego żadnych wątpliwości, ponieważ zgodnie z tym co uważał Max Weber, polityka jest sztuką sprawowania i utrzymania się u władzy, a wybory sprawiły, że w Polsce zaszła w tym zakresie znacząca zmiana. Innych ważnych wydarzeń także nie brakowało, ale ponieważ nadszedł nowy rok, warto skupić się na prognozach na przyszłość.

    Co zatem powiedzieć możemy o politycznym roku 2008? Rozpoczął się dość energicznie od masy strajków różnych grup zawodowych. Całkiem nieźle jak na styczeń i różnorodność zainteresowanych masowym protestem. Rozliczenia z cudów obywatele domagają się nieco prędzej niż nowa ekipa się spodziewała. Sprawienie cudu to wysoko postawiona poprzeczka, więc tego rodzaju wydarzeń należy spodziewać się także przez dalszą część roku. Nie ma się specjalnie co dziwić, zważywszy na obszerność listopadowego expose. Walka z korupcją, z przestępczością, budowa dróg i dbanie o wzrost gospodarczy to elementy wspólnego planu rządzenia dla każdego rządu. W dobie marketyzacji i zarazem standaryzacji polityki w krajach tego samego kręgu kulturowego i o podobnym stopniu rozwoju, programy polityczne stają się niezwykle do siebie podobne. Środki oczywiście mogą się różnić, ale w dobie postpolityczności wszystkie cele będą zunifikowane i tożsame. Niedługo być może nie będzie konieczności opierania się na expose poprzednika (patrz: Marcinkiewicz i Belka), ale będzie można sięgnąć po pomoc z Hiszpanii, Anglii, Francji czy jakiegokolwiek innego państwa UE. Dlatego też obowiązkowo w programie rządu musiał znaleźć się zapis o trosce o ochronę środowiska. Pracy zatem cała masa, oczekiwania duże i nikt nie zamierza długo czekać na efekty. Ale cóż, taki już sobie ambitny plan określił premier Tusk...

            Czy w tym roku napięcie emocjonalne pomiędzy największymi siłami politycznymi zmaleje? Raczej marne szanse. Być może nowy rząd nie będzie używał tak ostrej retoryki (na razie tego nie robi) jak poprzedni, a dzięki temu głosy o łamaniu zasad, zagrożeniu dla wolności, demokracji itp., ucichną, ale rodzaj relacji pomiędzy niegdysiejszymi prawie koalicjantami się nie zmieni. W obecnym, zakonserwowanym przez sposób finansowania  partii politycznych systemie zarówno PO jak i PiSowi zależeć będzie na utrzymaniu sytuacji w której to one są rozgrywającymi i one zagospodarowują całą scenę polityczną. Przyzwolenie na poprawę pozycji lewicy (choć to też niełatwe zadanie patrząc jak kompletnie bez żadnej koncepcji przedstawiciele LiDu obijają się od PO i PiS niczym piłka od dwóch ścian) byłoby wbrew interesom obu ugrupowań, dlatego nie należy się spodziewać znaczącej zmiany w dyskursie publicznym.

            Czego zatem oczekiwać? Po pierwsze, nie spodziewać się cudów. Po drugie, rozsądnie rozliczać rządzących z ich działań, a nie wsłuchiwać się w głosy opozycji, że gdyby oni rządzili to byłoby lepiej. Po trzecie i ostatnie, pogodzić się z tym, że to jak będzie się nam żyło, zależy przede wszystkim od nas, a nie on „przedstawicieli" narodu zasiadających na ul. Wiejskiej w Warszawie i okolicach.

 

wtorek, 29 stycznia 2008
Łukasz Warzecha: Podsumowanie 2007 roku - dla projektu Polska Wybiera.

Miniony rok mógł być odbierany różnie w zależności od lojalności - jako rok porażki, a może nawet klęski, albo rok tryumfu. Piszę o lojalności, a nie po-glądach, bo jedna z moich smutnych refleksji, wyniesionych z 2007 roku, jest taka, że ludzie aktywni publicznie (mam na myśli nie tylko tych biorących bezpośrednio udział w polityce, ale też wszystkich obywateli na co dzień za-angażowanych w śledzenie wydarzeń i mających własne zdanie) przestawili w większości kolejność swojego rozumowania. Gdy stykają się z jakimś pro-blemem, najpierw sprawdzają, jak go oceniają jedynie słuszni w ich opinii poli-tycy, a dopiero potem wyrażają o nim zdanie. Nie piszę „własne zdanie", bo w tej sytuacji byłaby to przesada.


A ja być powinno? To chyba oczywiste: najpierw własny pogląd na sprawę, potem opinia o problemie i dopiero na końcu ocena, kto z głównych politycznych aktorów ma dobre rozwiązanie.

Wracając jednak do ocen wyborczego roku - mnie nie przyniósł ani ra-dości (może tylko przez moment lekkie poczucie schadenfreude wobec przegranych), ani poczucia porażki. Przyniósł mi natomiast ogromne rozcza-rowanie i poczucie zmarnowanej szansy.

Szansa została zmarnowana jeszcze w roku 2005, gdy nie powstała ko-alicja PiS-PO, a 2007 rok tylko ten fakt wzmocnił i przypieczętował, chyba ostatecznie. Przyglądając się dzisiaj buzującym - także w blogosferze - wo-jennym wręcz partyjnym lojalnościom, widzę, że został rozmieniony na drobne olbrzymi, niebywały wprost potencjał zaufania ludzi z różnych grup społecz-nych, którzy trzy lata temu mieli nadzieję na wielką, prawdziwą i głęboką zmianę. Może się to dzisiaj wydawać absurdalne i nieprawdopodobne, ale naprawdę był czas, gdy wiele osób uważało za nieistotne, czy zagłosują na PiS, czy na PO, bo obie te siły miały zgodnym, wspólnym wysiłkiem oddalić nas od Polski Rywina.

PiS swoją szansę zmarnowało, mając władzę. Nawet jeśli diagnozy były celne, wykonanie było fatalne. Można jeszcze było jednak myśleć, że skoro jedna ze stron niedoszłej koalicji się nie sprawdziła, to może sprawdzi się druga i warto dać jej szansę. Nie taka wprawdzie była motywacja większości głosu-jących w ubiegłym roku na PO. Większości chodziło o pognębienie PiS-u i Ja-rosława Kaczyńskiego w szczególności. Część mogła jednak rozumować na zasadzie „wypróbowania" drugiego wariantu.

Niestety, dość szybko - szybciej niż po 100 dniach istnienia nowego rządu - zaczęło być widać, że to zamiana siekierki na kijek. Nie miejsce tutaj na de-taliczne ocenianie nowego rządu. Krótko można powiedzieć, że brak i sub-stancji, i woli zmian w tych paru dziedzinach, gdzie jest to bardzo potrzebne. Ci, którzy mieli nadzieję, że Platforma będzie robić w zasadzie to samo, co PiS, tylko umiejętniej, bardziej elegancko i subtelniej, musieli się zawieść. Symbo-lem tego zawodu jest dla mnie obecność Zbigniewa Ćwiąkalskiego w Mini-sterstwie Sprawiedliwości.

Zatem rok 2007 stał się - po krótkim wybuchu entuzjazmu w 2005 roku - czasem powrotu do klaustrofobicznego odczucia braku świeżej alternatywy. Podobny stan pamiętam jedynie po klęsce AWS. Dzisiaj jednak jest on silniej-szy, bardziej dojmujący, ponieważ system partii politycznych został od tamte-go czasu znacząco uszczelniony. Dziś żaden nowy PiS albo PO raczej nie mia-łyby szansy powstać.

Można oczywiście zawsze powiedzieć, że należałoby w takim razie reali-stycznie wybrać tych mniej szkodliwych. Mnie jednak przypomina się wtedy stare porównanie Janusza Korwin-Mikkego o wyborze między dżumą a chole-rą.

13:59, warsztatyanaliz , Łukasz Warzecha
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 stycznia 2008
„To był dobry rok dla Polski...” i inne dowcipy. Daniel Kontowski

Minął kolejny rok, i chyba tylko przy włączonym mikrofonie tzw. eksperci są w stanie mówić, że był on dobry. Poza gospodarczą mantrą permanentnego i rosnącego wzrostu gospodarczego, w gruncie rzeczy nie mamy się z czego cieszyć. Cokolwiek się nam udało, nie było efektem działań w 2007, lecz wcześniejszych ustaleń i działania zewnętrznych ośrodków władzy. W kraju postępu w naprawdę ważnych sprawach nie uświadczyliśmy, więc politycznie panowała - paradoksalnie biorąc pod uwagę ogromną liczbę wystąpień „politycznych" - stagnacja lub regres. Trzeba się zastanowić, którą z tych interpretacji przyjąć.

Zeszłoroczne matury odbyły się pod hasłem amnestii maturalnej. Polska przyłączyła się do realizacji postulatów zwiększenia wykształcenia populacji poprzez osobę Romana Giertycha. Poprzez kuriozalne obniżenie progu punktowego wymaganego do zdania jednego z przedmiotów, poziom kandydatów na wszystkich uczelniach musiał się obniżyć. Najbardziej dotknęło to mniej znanych uczelni, które ze względów ekonomicznych musiały pogodzić się z jeszcze słabszymi kandydatami. A warto przypomnieć, że zdobyć poniżej 30% z egzaminu maturalnego, którego forma jest znana a przyszły abiturient ma wiele miesięcy na przygotowanie się - to trzeba się naprawdę postarać, albo zwyczajnie nie opanować wymaganego minimum programowego.

Jeśli remedium na słabe wyniki matury będzie obniżanie jej poziomów, to pewnego pięknego dnia obudzę się w kraju, w którym przedszkolaki otrzymywać będą podpisane świadectwo zdania matury, w które potem będą mogły wpisać sobie tylko wyniki. Idea, że każdy uczeń trzeciej (czwartej) klasy liceum jest w stanie zdać maturę, jest słuszna. Natomiast założenie, że każdy musi ją zdać, bez względu na stan swojej wiedzy i poziom nabytych umiejętności, jest tylko niebezpieczną fikcją, która podkupuje wszelkie merytokratyczne założenia, stojące za nadawaniem stopni naukowych, nawet tak błahych, jak matura.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie każdy może iść na studia. Tak samo jak nie każdy - choćby nawet wykazywał kolosalne ilości dobrej woli - nadaje się na bycie posłem czy szefem MSZ. Jeśli nadrzędnym celem Ministra Spraw Zagranicznych jest dbanie o interesy Polski, to trzeba wykazywać daleko idącą ślepotę, aby widzieć w upływającym roku powody do radości. Jedyny sukces jaki w tej materii można wskazać, to zniesienie rosyjskiego embarga na Polskie mięso, które było z pewnością przygotowane znacznie wcześniej. Ogólnie, przedkładanie medialnego przekazu nad zdrowy rozsądek stało się popularną chorobą w Polsce już od jakiegoś czasu, a w tym roku liczbę chorych można przybliżyć frekwencji wyborczej.

Tego już za wiele! Jak można atakować nasz narodowy sukces, jakim było 53% Polaków, którzy uznali, że może jednak zagłosują? Dlaczego podważa Pan heroizm naszych rodaków na Wyspach, we Francji czy USA, którzy niejednokrotnie dokonywali sporych wyrzeczeń, byleby tylko spełnić swój obywatelski obowiązek? - głosy takie podnieśliby liczni. A ja im odpowiem, że dobry obywatel na wybory nie pójdzie, jeśli ma być dobrym obywatelem tylko dzięki podpisowi na liście wyborców w komisji wyborczej. Że nie pójdzie walczyć o mniejsze zło, nie będzie legitymizował przeciwwładzy w warunkach wyboru władzy. Jeśli odda głos nieważny, nie pojawi się to w żadnych statystykach podawanych do szerokiej publiczności. Wszyscy będziemy się radować, że Polacy odnaleźli w sobie demokratycznego ducha, sarmacką wolę samostanowienia i dbania o interesy kraju.

Otóż, szanowni państwo, to wszystko gówno prawda. Wiedzą o tym wszyscy Ci, którzy znają zasady ordynacji wyborczej, oglądali kampanię wyborczą nie z perspektywy Kowalskiego, do którego była ona skierowana. Mam wątpliwości, jak widzieć kampanię wyborczą, która ponoć była świetlistą drogą do sukcesu 21 Października. Albo udało się nam naśladować Europę Zachodnią i USA, gdzie wybory są niepolityczne (trudno mówić o polityczności, gdy rysowane alternatywy albo nie są alternatywami, albo nie są ważne, zaś o sukcesie kandydata decyduje ilość niechęci wobec innej partii, ostatecznie ładny garnitur) albo też zwyczajnie ktoś tutaj nas, wyborców potraktowanych jak jednolitą ciemną masę, za nasze pieniądze obraził. Niestety, poziom argumentów, jakimi przerzucały się dwie (otóż dwie, a nie trzy, istotne partie) był poniżej inteligencji statystycznego Polaka. Tymczasem obserwując całe wybory na żywo w jednym z warszawskich lokali wyborczych, mogę zapewnić, że to zadziałało, że nawet ci, którzy powinni się orientować w prymitywnych technikach manipulacji, dali się nabrać. Zagłosowali. W sumie, to ciężko powiedzieć, na co. Na pewno większość nie głosowała na dwóch małych śmiesznych ludzi. Za to głosowała na tego piłkarza z Gdańska. Coś jeszcze? Ciężko powiedzieć.

Zresztą, partia polityków nie wypowiadających „r" - podobnie jak ja - doprowadziła do sytuacji, w której można było śmiać się z ordynacji. 534241 głosów otrzymał dzisiejszy Pan Premier, przeliczając na zdrowy rozum powinien zajmować w Sejmie RP 8 miejsc. Były Pan Premier, który chyba nadal nie do końca rozumie, że premierem już nie jest, miałby do swojej dyspozycji 1,8 miejsca, ale z pewnością kilku uczynnych posłów odstąpiło by swoje miejsca aby zsumowało się do równych dwóch. Natomiast zdecydowana większość posłów musiałaby upychać się po 3,4 osoby na jednym siedzisku. Trzeba wreszcie zrobić coś z tą ordynacją, bo istnieją granice absurdu, które zdrowy rozsądek jest w stanie zaakceptować. Zmuszanie obywateli do głosowania najpierw na partie, zamiast na konkretne osoby, w ten sposób legitymizując jednego, którego wybierają, jak i wszystkich innych, których bynajmniej nie wybierali, jest systemem intelektualnie niezdrowym. System polityczny, w którym minister jest politycznie odpowiedzialny przed nieodpowiedzialnym politycznie posłem, również jest niezdrowy. I tak dalej.

Skupiłem się na wyborach, bo było to wydarzenie, które zogniskowało opinię publiczną w sposób fałszujący, ale i dominujący. Rzecz jasna, to nie było wszystko. Polska (i Ukraina, ale tym się raczej nie przejmujemy) mają za 4 lata zrobić u siebie mistrzostwa Europy w piłkę nożną. Miarą sukcesu Polski stały się kilometry zbudowanych autostrad, boiska ze sztuczną nawierzchnią, wielkie stadiony, które zaraz po mistrzostwach zamienią się w targowiska. Tymczasem zapominamy, że autostrady równają się zanieczyszczeniom, że skupić się trzeba na szybkim transporcie kolejowym, który powoduje, że z Brukseli do Paryża nie lata się już samolotem, bo to się nie opłaca. Że sztuczne boiska nie zastąpią parków, powszechnego dostępu do szybkiego internetu, szerokopasmowego czy bezprzewodowego. Że kluczem do ekonomicznego sukcesu za 10, 20 lat będą nowe technologie i zamiast ładować horrendalne pieniądze w stadiony, które staną się areną zmaga polskich zdobywców Wilna A.D.2007 z ich odpowiednikami ze zgniłego Zachodu, lepiej inwestować w naukę. To nie Warszawa, z jej osuwającym się najdroższym tunelem w Polsce, psującymi się świeżo kupionymi tramwajami, łysym Krakowskim Przedmieściem i wielkim Pałacem Kultury (i Nauki !), pod którym mało kto chciał witać nowy rok, lecz Wrocław, i jego walki: nieskuteczna o Expo 2012 i trwająca o Europejski Instytut Technologiczny, jest tym, co świadczy o prestiżu i aktualnej pozycji Polski. Jednocześnie kreśli możliwości rozwoju, a więc odpowiada na pytanie, czy z kraju górników, rolników i przybyszów na Wyspy, możemy zacząć promować się jako specjaliści, naukowcy, informatycy.

Ale wizja, jaką można wyczytać z opinii publicznej jest prosta: Polska ma żywotny interes w Euro 2012, bo potwierdza to jej miejsce na arenie międzynarodowej. Zgoda, ale nie do końca. Polska od zawsze była krajem wielkich piłkarzy, a teraz z pomocą trenera, który z pewnością wkrótce otrzyma propozycję naturalizacji, w 2008 jedzie na jedne mistrzostwa, a za cztery lata sama (biedna Ukraina, zapominamy) zaprosi innych do siebie. Może nie przyjadą?

Oczywiście, rok 2007 to był dziwny rok, pełen wydarzeń smutnych (sprawa abp. Wielgusa, a zwłaszcza reakcji wiernych, wydarzenia na Bliskim Wschodzie), żałosnych (kandydatura Kaczmarka na premiera z ramienia LiS), smutnych (Białe Miasteczko), niepoważnych (wynalezienie Układu wśród swoich własnych ministrów), groźnych (sprawa dr G.), zaskakujących (masowe poparcie dla ekologów nad Rospudą), brzemiennych w skutki (wybór Sarkozy'ego, odejście Blaira, gwałtownie rosnące ceny ropy), wyolbrzymionych przez media (ptasia grypa, sepsa).

Osobiście uważam, że podsumowywać rok powinni Ci, którzy przez 12 miesięcy zastępowali zarówno publicystów, jak i telewizyjnych spikerów. Ci, którzy przedstawiali nam wizję rzeczywistości, zwłaszcza politycznej, w sposób niezafałszowany. Ich praca wskazywała nam, że w tym roku wszystko, co nam pozostaje, to śmiać się i pisać artykuły do Nonsensopedii, jeśli tylko nie zdecydowaliśmy się wyjechać na Wyspy i tam rodzić dzieci. Oni to rysownicy - satyrycy, którzy moim zdaniem powinni zbiorowo otrzymać tytuł Polaka Roku. Raczkowski co czwartek, podobnie Maciejowski, wreszcie Mleczko, który dodatkowo stworzył poradnik wyborczy - moim zdaniem zasługują w minionym roku na szczególne uznanie, za brak złudzeń przede wszystkim. Reszta jest milczeniem.

 

Daniel Kontowski 

16:29, warsztatyanaliz , Daniel Kontowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Podsumowania brak. Koniec roku 2007. Polacy wybrali 21 października parlament i co dalej ?
 Po rządach PIS -SO - LPR nastały rządy PO - PSL. Zatem jak miało być tak jest...lata 2005 - 2009 to rządy PO - PIS, a że w innych konstelacjach...zdarza się. Zatem zmiany w Polityce pewnie od 2009 roku...no może troszkę wcześniej lub troszkę później..A Polacy po prostu żyją. Żyją rodzinnie, ot co.

 O podsumowanie 2007 roku poprosimy wszystkich autorów którzy napisali jakiś tekst w ramach projektu Polska Wybiera 2007.

 Jeszcze raz pragnę im serdecznie w imieniu Zespołu Warsztatów podziękować. Na końcu dziękuję najważniejszym osobom tworzącym projekt..a więc czytelnikom. Dziękuję.

Myśląc o Marcie J.

P.S. Oddałem w dniu 21.X.2007 roku w wyborach do Sejmu RP głos nieważny.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9